W indiańskim zamku - część trzecia
A jednak niezupełnie przypadł mi do serca nasz gospodarz. Nie mógłbym powiedzieć, dlaczego. Ale gdy się zacząłem zastanawiać i baczniej
obserwować, wykryłem powód niechęci. Była nią przesadna uprzejmość Indianina. Zazwyczaj bowiem Czerwonoskórzy są powściągliwi, zwłaszcza w stosunku do nieznajomych, których obdarzają życzliwością dopiero po dokładnym poznaniu. Zuni natomiast traktował nas niczym starych dobrych znajomych i okazywał wręcz zadziwiającą wylewność. A przecież rozmawiał z Judytą i Meltonem. Czyżby mu istotnie nie powiedzieli, że przyjazd ich do pueblo ma być zachowany w sekrecie.
Jeszcze coś ponadto wzbudziło we mnie nieufność. Żona Indianina wyszła z domu natychmiast po naszym przybyciu i nie wracała. Za drzwiami grzmiało, błyskało, deszcz padał jak z cebra. Gdzie się mogła zapodziać ta kobieta podczas takiej burzy? Ważnym musiał być powód, który wygnał jaz domu, tym bardziej, że mąż sam podejmował się usług, właściwych kobiecie.
Do tych usług należało również przyrządzenie posiłku dla gości. Zuni podał nam ćwierć pieczonej zwierzyny, pokrajał ją, ale sam nie brał udziału w wieczerzy. Tłumaczył się, że jadł niedawno.
Nie dowierzałem. Wszak stał na górze, w czasie deszczu, jak strażnik, któremu nie wolno opuszczać posterunku. Dopiero, gdy nas zobaczył, zbiegł na dół. Im dłużej się zastanawiałem, rym bardziej wzrastały moje podejrzenia. Mogło się wydawać, że wypatrywał nas z góry. Postanowiłem mieć się na baczności. Zaniosłem broń do jednego kąta, wraz z siodłami. Widząc to, Winnetou nieznacznie ściągnął brwi. To miało znaczyć:
— Czemu? Czy straciłeś ufność? Cóż, będziemy ostrożni. Zuni miał flintę, niezbyt sprawną oraz łuk i kołczan ze strzałami.
Broń ta wisiała na kołku, wbitym w ścianę. Podczas gdyśmy się posilali, przykucnął w pobliżu po indiańsku i zdawał się być uradowany, że nam jadło smakuje. Zapytany o zwierzynę, począł się żalić na Gilenno — Apaczów, którzy często nawiedzają te strony i tępią całą zwierzynę.
— Te psy nie mają prawa do tych ostępów — rzekł. — Czemu nie pilnują swoich terenów, których nikt im nie plądruje. Nienawidzę wszystkich Apaczów!
— Wszystkich? A to dlaczego? Nie słyszałem, aby Zuni wojowali z Apaczami.
— Ponieważ jesteśmy zbyt słabi. Zabierają nam własność, a my nie możemy się bronić. Wszyscy są złodziejami i rabusiami, należy ich zetrzeć z oblicza ziemi!
— Wszystkich? Istnieją mężni i słynni mężowie między nimi.
— Nie wierzę. Niech mi mój brat chociaż jednego wymieni.
— No, na przykład Winnetou.
— Nie mów mi o tym! Kiedy was jutro zaprowadzę do Yuma, dowiecie się od nich, co to za parszywy szakal.
— Czy Winnetou był kiedyś wrogiem Juma?
— Zawsze. Ale raz wyrządził im tak wielkie szkody, że nigdy mu tego nie zapomną. Biada mu, jeśli wpadnie w ich ręce.
— Wielkie szkody? Jakże to się stało?
— Napadli na hacjendę i posiedli już cenną zdobycz, kiedy on się zjawił i łup odebrał. Później wojownicy Yuma obozowali nad starą kopalnią, w której pracowali biali cudzoziemcy. Yuma ciągnęli z tego duże zyski. Winnetou i tego ich pozbawił.
— Jakże to mogło być? Wszak jest to jeden człowiek. Czy może jeden człowiek wyrządzić takie szkody całemu plemieniu?
— Nie był sam. Towarzyszył mu ktoś o wiele, wiele gorszy od wodza Apaczów, biała twarz imieniem Old Shatterhand.
— Hm, ten westman! Przypominam sobie. Jeśli się nie mylę, to słyszałem już o tej sprawie. Czy to nie była hacjenda del Arroyo, a kopalnia, czy nie nazywała się Almaden Alto?
— Tak.
— Czy Yuma mieli powód do splądrowania i spalenia hacjendy?
— Tego, tego nie wiem — odpowiedział zakłopotany.
— Był to rabunek, wiem na pewno. A w Almaden szło o wiele większe przestępstwo.
— Nieprawda!
— A jednak. Zwabiono tam wielką gromadę białych i uwięziono w podziemiach kopalni rtęci. Mieli pracować bez wynagrodzenia, niczym niewolnicy, dopókiby nie wyzwoliła ich śmierć męczeńska.
— Cóż to obchodziło Winnetou i Old Shatterhanda?
— Robotnicy byli ziomkami Old Shatterhanda, więc ujął się za nimi.
— I wystąpił przeciwko Yuma! Czemu więc dziwisz się, że nienawidzą jego i Winnetou?
— Dziwię się, ponieważ o ile pamiętam, zawarli pokój.
— Który nie ma żadnego znaczenia. Powtarzam jeszcze raz, biada im, jeśli wpadną w ręce Yuma!
Zuni odmienił teraz ton, mówił z niepojętą goryczą.
— Zdaje się, — rzekłem — że jesteś serdecznym przyjacielem Yuma, gdyż mówisz z taką wściekłością jakbyś był jednym z nich.
— Jestem ich przyjacielem. Wrogowie ich są moimi wrogami.
— Ale wydaje się, że jesteś źle o tych wrogach poinformowany. Winnetou i Old Shatterhand obeszli się wówczas z Jumami bardzo łagodnie. Wiele razy ich pokonali i mieli w swej władzy, a jednak postępowali z